Świat KsiążkiByła sobie dziewczyna
Fragment "Była sobie dziewczyna", Lynn Barber, Świat Książki 2010

Gdy skończyłam szesnaście lat, zaokrągliłam się, jak obiecywała mama. Dzięki nowym krągłościom i włosom nie związywanym już w warkocze wyglądałam dość atrakcyjnie. Zgarnęłam wszystkie nagrody za egzaminy kończące gimnazjum, byłam na dobrej drodze do zdania egzaminów z zaawansowanego angielskiego, francuskiego i łaciny oraz dostania się do Oksfordu. Bałam się tylko, że zawiedzie mnie łacina – w owych czasach trzeba było znać ją na poziomie zaawansowanym, jeśli chciało się studiować anglistykę w Oksfordzie. Nadal robię się z tego powodu purpurowa z wściekłości. Pewnie mówiłabym w czterech językach, gdybym nie musiała tracić tych wszystkich lat na naukę łaciny.
W tym czasie matka przestała dawać lekcje elokucji i została prawdziwą szkolną nauczycielką. Zaczęło się od tego, że szkoła Twickenham County Grammar, która mieściła się po drugiej stronie ulicy, zapytała, czy mama mogłaby od czasu do czasu dawać lekcje dykcji i aktorstwa, na co oczywiście się zgodziła. Potem zaproponowano jej miejsce w zastępstwie nieobecnej nauczycielki angielskiego. W bardzo krótkim czasie została nauczycielką na pełen etat, a potem główną anglistką. Zawsze było dla mnie szokujące to, jak mogła być główną anglistką, skoro prywatnie wolała Georgette Heyer od Jane Austen i Waltera de la Mare od Wordswortha. Czasami zastanawiałam się, czy nie napisać do Ministerstwa Edukacji, żeby ją zadenuncjować. Miałam wrażenie, że tylko dzięki temu, że tego nie zrobiłam, mogła kontynuować swoje pozbawione skrupułów wspinanie się po szczeblach hierarchii nauczycielskiej. Odniosła tak wielki sukces, że kończyła karierę jako zastępca dyrektora dwuletniej szkoły przygotowującej do egzaminu dojrzałości.
Ojciec też awansował, więc byliśmy dość dobrze sytuowani, ale nie odczuwaliśmy tego w pełni, bo tata nigdy nie pozbył się rozpaczliwego, dziecięcego lęku przed życiem w biedzie i wiecznie oszczędzał na czarną godzinę. (Podczas wyjątkowo mokrej zimy 2000 roku, gdy dom rodziców zalała woda do wysokości piętnastu centymetrów, wesoło powiedziałam do ojca, że chyba przyszła jego czarna godzina. Mimo że był już ślepy i miał problemy z poruszaniem się – był wtedy po osiemdziesiątce – próbował przejść przez zalany pokój i mnie uderzyć).
Wielki strach budziła w nim nieodpowiedzialność – co zdaje się oznaczało wszelkie formy zabawy. Po co mi, na przykład, bożonarodzeniowe drzewko? Potworna strata czasu i pieniędzy, ponadto igły zapychają odkurzacz i niszczą dywan. Odpowiadałam mu, że dla zabawy i obserwowałam, jak niemal umiera na atak serca. Wszelkie formy życia towarzyskiego uważał za marnotrawienie czasu – według niego zaangażowanie matki w amatorski teatr było niebezpieczną rozpustą. To był jeden z nielicznych tematów, w których matka uparła się, a gdy się upierała, ojciec wiedział, że trzeba się wycofać.
- Czy nie możesz być bardziej taktowna? – prosiła. – Dlaczego musisz doprowadzać go do wściekłości?
Gardziłam jej próbami wprowadzenia rozejmu, które zawsze były zbyt słabe i spóźnione. Raz nawet powiedziałam:
- Posłuchaj, mamo. Jeśli naprawdę jesteś po mojej stronie, rozwiedź się z nim. W przeciwnym razie nic nie mów.
No i zamilkła.
Wtedy w naszym życiu pojawił się Simon i wszystko się zmieniło. Poznałam go, gdy miałam szesnaście lat, a on miał – jak twierdził – dwadzieścia siedem, ale pewnie był przed czterdziestką. Czekałam na autobus do Twickenham po próbie w Richmond Little Theatre (nadal zgadzałam się pojawiać w amatorskich produkcjach matki), gdy podjechał elegancki, rdzawoczerwony samochód i mężczyzna z wielkim cygarem w ustach pochylił się w stronę okna pasażera i zapytał:
– Podwieźć cię?
Oczywiście, rodzice mówili, nauczyciele mówili, wszyscy mówili, żebym nigdy nie wsiadała do samochodu nieznajomego mężczyzny, lecz wtedy nie wydał mi się nieznajomy i wskoczyłam do auta. Podobał mi się zapach cygara i skórzane siedzenia. Zapytał, dokąd chciałabym pojechać. Powiedziałam, że na Clifden Road. Zgodził się. Stwierdziłam, że nigdy nie widziałam takiego samochodu. Oznajmił, że to jest bristol i że wyprodukowano ich niewiele. Opowiedział wiele faktów dotyczących tej marki, gdy sunęliśmy ulicą – te auta zawsze sunęły – w stronę Twickenham.
Miał zabawny akcent – później, gdy poznałam go lepiej, zrozumiałam, że według niego miał to być akcent wyższych sfer – i zapytałam, czy jest cudzoziemcem. Odpowiedział:
– Tylko jeśli uważasz, że Żydzi to cudzoziemcy.
Oczywiście, tak myślałam. Nigdy nie poznałam Żyda. Nie sądziłam, by Żydówki chodziły do naszej szkoły. Odparłam jednak grzecznie:
– Jesteś Żydem? Nie domyśliłabym się.
(Nie miał zakrzywionego nosa, tłustych pukli ani krzaczastej brody Shylocka ze szkolnej sztuki). Powiedział, że walczył w izraelskiej armii, gdy był w moim wieku. Zastanawiałam się, ile dawał mi lat. Miałam nadzieję, że dziewiętnaście. Potem zapytał:
– Masz ochotę na kawę?
A ja odpowiedziałam głupio:
– Dziękuję. Muszę być w domu przed dziesiątą. Jeśli się spóźnię, ojciec mnie zabije.
– Idziesz jutro do szkoły? – zapytał lekko.
Nie mogłam wydobyć słowa ze złości na samą siebie. Kiwnęłam tylko głową. Zawiózł mnie pod dom i powiedział:
– Czy mogę zaprosić cię na kawę innego wieczoru?
Moje życie mogłoby potoczyć się inaczej, gdybym powiedziała „nie”. Jednak nie byłam dość niegrzeczna. Zamiast tego powiedziałam, że jestem bardzo zajęta próbami do sztuki, co oznaczało, że niestety nie mam wolnych wieczorów. Zapytał, co to za sztuka. Odparłam, że Szkoda tej czarownicy na stos1 w Richmond Little Theatre.
Po przyjściu na pierwszy występ kilka tygodni później, znalazłam w garderobie ogromny bukiet zaadresowany do mnie. Inne aktorki, dorosłe kobiety, jęczały z zazdrości i mówiły:
– Te kwiaty musiały kosztować fortunę.
Gdy kilka godzin później wyszłam z teatru, zobaczyłam zaparkowanego bristola. Podeszłam, żeby podziękować. Simon zapytał:
– Czy teraz możemy jechać na kawę?
Powiedziałam, że nie, bo znowu bym się spóźniła, ale może mnie odwieźć do domu. Nie rzuciłam się na główkę w ten związek. Simon był dla mnie o wiele za stary, abym mogła myśleć o nim jak o chłopaku. Z drugiej strony, zawsze fantazjowałam o tym, by mieć starszego mężczyznę, kogoś bardziej elokwentnego ode mnie, i zrobić wrażenie na gówniarach z Hampton Grammar. Dlatego zgodziłam się spotkać z nim w piątkowy wieczór, chociaż ostrzegłam go, że będzie musiał przejść przez magiel pytań mojego ojca.
To maglowanie było sławne wśród chłopców z Hampton Grammar. Ojciec chciał wiedzieć, jakie oceny dostali z egzaminów, jakie egzaminy zaawansowane będą zdawać i na jakie uniwersytety składają papiery. Praktycznie zmuszał ich do tego, by wypełnili test mierzący inteligencję, zanim mogli zabrać mnie do kina.
Tym razem jednak ojciec nie grymasił. Zapytał, gdzie się poznaliśmy. Powiedziałam, że w Richmond Little Theatre, i to wszystko. Zdawało się, że Simon mu rzeczywiście zaimponował. Nawet zaproponował, że możemy wrócić do domu o północy, czyli godzinę później, niż zwykle mogłam wracać w weekendy. Tak więc nasze spotkanie przy kawie zamieniło się w kolację i to z błogosławieństwem ojca.
Simon zabrał mnie do włoskiego lokalu przy Marylebone High Street. Rzecz jasna, byłam urzeczona. Jeszcze nigdy nie jadłam w porządnej restauracji. Chodziłam tylko do herbaciarni z rodzicami. Nie rozumiałam menu, ale zachwycałam się wielkimi młynkami do pieprzu, ciężkimi sztućcami, crêpes Suzette i szampanem. Urzekała mnie też rozmowa z Simonem. Znowu niewiele rozumiałam, po części z powodu jego dziwnego akcentu, ale też dlatego, że mówił o miejscach i rzeczach, które mogłam sobie jedynie wyobrażać. Moja wiedza o świecie opierała się na Szekspirze, Jane Austen, George’u Eliocie i siostrach Brontë. Nikt z nich nie miał nic do powiedzenia na temat życia w kibucu ani robienia koktajli Mołotowa. Czułam, że nie mogę nic wnieść do rozmowy i zarumieniłam się, gdy Simon zachęcał mnie, bym opowiedziała mu o swoich koleżankach, nauczycielkach, nagradzanych esejach. Wówczas nie zdawałam sobie sprawy z tego, że fakt, iż jestem uczennicą, stanowił znaczną część mojego uroku.

1Sztuka autorstwa Christophera Fry’a z 1948 roku (przyp. tłum.).